środa, 30 grudnia 2015

TOP5#5 [The best of 2015]

Rok, który właśnie dobiega końca, obfitował w wiele książek, które raz były fenomenalne, innym razem przeciętne, a jeszcze innym takie, że jak najszybciej chciałam wyrzucić je z pamięci. Dzisiaj, zanim jeszcze wszyscy pogrążymy się w sylwestrowym szale, chciałam Wam przedstawić pięć książek, które w ciągu tego kończącego się już roku, wbiły się do mojej głowy i do mojego serca przebojem i tam już pozostaną. Zapraszam!


Korona w mroku - Sarah J. Maas
Chyba nikomu nie muszę przedstawiać tej książki, ani w sumie całej serii, bo mniemam, że jeśli nawet ktoś z Was jej jeszcze nie czytał, to przynajmniej o niej słyszał lub już planuje jak się do Szklanego tronu dobrać. Przypuszczam, że ja osobiście jestem jedną z ostatnich osób, które o tej serii usłyszały (uwierzcie mi!) stosunkowo niedawno. Zanim dołączyłam do blogosfery, w mojej głowie słowo 'szklany' oraz 'tron' nie miały ze sobą absolutnie żadnego powiązania. A teraz? Cóż, teraz jest to dla mnie jedna z najgenialniejszych książek jakie przeczytałam, a Korona w mroku jako drugi, i lepszy moim zdaniem tom, zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, i chyba nie muszę wyjaśniać z jakiego powodu?
Obca pamięć - Dan Krokos
Jest to książka, o której prawdopodobnie niewiele słyszeliście, jeśli w ogóle coś o uszy Wam się obiło. Tak naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak jest. Dlaczego Obca pamięć nie jest tak sławna, jak chociażby książka wyżej wspomniana, bo moim zdaniem może się ona z nią spokojnie równać. Być może nie płynie z niej jakiś wielki przekaz i prawdopodobnie znalazłaby się niejedna osoba, która oceniłaby ją jako 'zwykłą' młodzieżówkę. Dla mnie samej ta książka jest nie lada odkryciem, za które jestem wdzięczna losowi, który podstawił mi ją pod nos. Dzięki temu poznałam jedną z najbardziej oryginalnych historii, jakie ostatnimi czasy miałam przyjemność czytać.
Maybe someday - Colleen Hoover
Ta książka jest absolutnym fenomenem na mojej liście, pt. "2015". Historia w niej ukazana po prostu rozwaliła mnie na łopatki i chyba samo już to wystarczyło, abym uznała ją za przebój i jedną z moich ulubienic. A bohaterzy i wyjątkowy klimat tylko utwierdzili mnie w tymże przekonaniu. Emocje płynące z Maybe someday są obezwładniające i zapadają głęboko w pamięć. I mimo iż przeczytałam ją jakiś tydzień temu, już teraz mogę powiedzieć, że trudno byłoby mi o niej kiedykolwiek zapomnieć.
Love, Rosie - Cecelia Ahern
Pod wpływem niesamowicie humorystycznej i pięknej ekranizacji tej książki, postanowiłam sięgnąć po wersję papierową, licząc tylko i wyłącznie na powtórkę, tyle, że w nieco innym wydaniu. A dostałam coś zupełnie innego, co mnie wielce zaskoczyło. Love, Rosie owładnęło mną na kilka wyjątkowych godzin, przy których śmiałam się, płakałam i zastanawiałam nad wieloma aspektami życia. Podczas tej podróży zrozumiałam, że naszej ziemskiej egzystencji towarzyszą uczucia takie jak przyjaźń, miłość, szczęście, ale i zwątpienie, poczucie zdrady i błędy wynikające z niezrozumienia. I chyba właśnie ta słodko-gorzka mieszanka przedstawiona przez Cecelię Ahern tak mnie urzekła.

 Opal - Jennifer L. Armentrout
 Książka, która z całych sił chwyciła mnie za serce. Książka, której mogę przypisać status jednej z najbardziej nieprzewidywalnych. I w końcu książka, po której dręczona byłam niewyobrażalnym kacem książkowym. Tak, to właśnie Opal, czyli trzeci tom serii Lux. Mogłabym na jego miejscu umieścić, każdy tom tej serii, bo ją absolutnie uwielbiam, ale z uwagi na to, że dwa poprzednie przeczytałam w zeszłym roku, a dwa kolejne nie miały tak porażającego zakończenia, zaszczytne miejsce w TOP5 przypadło Opalowi. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad wspaniałością tej książki, czy całej serii, bo pewnie w końcu zanudziłabym Was pisząc ciągle o jednym i tym samym, ale jedno Wam powiem: to książka, której bardzo długo nie zapomnę.
Layken

niedziela, 27 grudnia 2015

Maybe someday - Colleen Hoover

tytuł oryginału: Maybe Someday
wydawnictwo: Otwarte
ilość stron: 440
polska premiera: 13 maja 2015
cykl: Maybe (tom1)

"Ludzie nie wybierają, w kim się zakochują. Mogą jedynie wybrać, kogo będą kochać dalej."

Sydney to studentka, która prowadzi dość poukładane i monotonne życie. Ma chłopaka i przyjaciółkę, którzy są dla niej najważniejsi i ufa im bezgranicznie. Jednak gdy to zaufanie zostaje nadszarpnięte, życie Sydney obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, udowadniając jej, że coś naturalnie dobrego, może być zarazem skrajnie złe.

Gdy tylko usłyszałam, że na polskim rynku pojawi się kolejna powieść Colleen Hoover, wiedziałam, że prędzej czy później i tak ją przeczytam, bo po wspaniałym Hopeless pokochałam pióro pani Hoover. I gdy już zaczęłam czytać stało się to, co poprzednim razem - nie mogłam się oderwać, w pełni oczarowana historią Ridge'a i Sydney.

Klimat tej powieści kompletnie mną zawładnął. Uwielbiam muzykę i niezmiernie mi się spodobało to, że była tu ona wątkiem przewodnim. Wszystko co się stało, było właśnie jej skutkiem. To ona wywołała jedną z najpiękniejszych historii o miłości, jakie miałam przyjemność czytać. Miłości ukazanej w innym świetle. Miłości, która była dla bohaterów najwspanialszą, ale i najgorszą rzeczą jaka mogła się im przydarzyć. Miłości, która zapukała do ich serc znienacka, a oni nie mogli zrobić już nic. Jedyne co im pozostało, to otworzyć drzwi i zaprosić ją do środka.

"You say it's wrong, but it feels right."

W Maybe someday da się dostrzec schematy powieści New Adult, ale jednak jest w tym coś nieszablonowego. Podczas lektury nie miałam wrażenia, że czytam coś sztywno trzymającego się ram i przepisów określanych przez gatunek, jeśli tak to mogę ująć. Przy tej książce po prostu czytałam, bo byłam do tego stopnia owładnięta fabułą, że nawet nie wiem kiedy przestałam zwracać uwagę na cokolwiek, co mogłoby podpadać pod krytykę. Dla mnie w Maybe someday takie rzeczy po prostu nie mają racji bytu, bo Colleen Hoover po raz kolejny udało się mnie skutecznie obezwładnić.

Absolutnym fenomenem w tej książce był dla mnie Ridge. Chyba jeszcze nie spotkałam takiego bohatera. I mam tu na myśli jego wrażliwość zarówno muzyczną, jak i tę życiową. Niezwykłą rzeczą było dla mnie pojmowanie przez niego muzyki. Czerpał z niej radość jak nikt inny. Dała mu powód do życia i sprawiła, że nie poddał się, kiedy był od tego o krok. Ridge trafia do grona moich najukochańszych bohaterów i jestem szczęśliwa, że w końcu mogłam go poznać! Natomiast Sydney nie przypadła mi aż tak bardzo do gustu. Polubiłam ją, jednak nie mogę tu mówić o jakiejś szczególnej sympatii.

Colleen Hoover po raz kolejny odkryła przede mną świat dylematów, z których żadne wyjście nie wydaje się być dobrym rozwiązaniem. Wręcz przeciwnie, każda droga wydaje się być krzywdząca dla kogoś innego i  to właśnie jest zasadniczy problem rozważany w Maybe someday. Istnieją sytuacje, w których "może kiedyś" zostanie ukrócone już w zarodku, zanim dostanie szansę, aby się rozwinąć, lecz gdy już te szansę otrzyma ''może kiedyś'' stanie się najszczęśliwszą rzeczą na świecie. Jednak, by to zrozumieć, zapraszam do zapoznania się z Maybe someday, bo jest to książka zdecydowanie warta uwagi!
Layken

środa, 23 grudnia 2015

Kim jesteś, Sky? - Joss Stirling

tytuł oryginału: Finding Sky
wydawnictwo: Akapit Press
ilość stron: 280
polska premiera: 26 kwietnia 2013
cykl: Saga o braciach Benedictach (tom1)

"...jesteś moją kotwicą. Trzymasz mnie po właściwej stronie."

Sky Bright doświadczyła w swoim młodym życiu wielu już okropieństw. Jako sześciolatka została zostawiona na ulicy, co pozostawiło na niej trwały ślad. Odtąd szczęście nie było w jej zasięgu, aż do chwili, gdy przygarnęło ją pewne małżeństwo, zastępując jej rodziców i otaczając tym, czego najbardziej potrzebowała - miłością.

Kiedy razem przeprowadzają się do małego miasteczka Wrickenrige, Sky poznaje Zeda, którego postać owiana jest tajemnicą, przez którą dziewczynie udaje się przebić, co na zawsze związuje ze sobą ich losy i może wpędzić w niebezpieczeństwo ich oboje.

Do tej książki podchodziłam z dość dużymi wymaganiami, bo słyszałam o niej dużo pochwał i chyba to w ostateczności spowodowało, że książka Joss Stirling mnie rozczarowała. Naprawdę chciałam polubić tę książkę, ale im dalej brnęłam w ciąg wydarzeń, tym większą miałam pewność, że Kim jesteś, Sky? nie jest po prostu dla mnie.

Musze przyznać, że początek był całkiem niezły. Nawet miałam nadzieję, że rozwinie się z tego coś ciekawego, od czego nie będę mogła się oderwać i co zapamiętam na długo jako genialną książkę. Tak się jednak nie stało. Od momentu, gdzie główna bohaterka zobaczyła Zeda i w jej głowie już pojawiła się myśl o jego niezwykłej urodzie, wiedziałam, że moje nadzieje na dobrą książkę legły w gruzach. Zacznę może od tego, że wątek romantyczny to, moim zdaniem, jakaś pomyłka. Mam na myśli to, że wszystko zadziało się za szybko. Dla tych co czytali - wiem, że to i tak było z góry przesądzone, ale jakaś doza niepewności i zwątpienia przydałaby się temu wszystkiemu, aby wprowadzić trochę realności w samo uczucie tej dwójki.

A sama fabuła? Co do tej mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony pomysł wydaje się być całkiem interesujący i myślę, że mógłby mi się spodobać, gdyby był trochę umiejętniej poprowadzony. Mam wrażenie, że Joss Stirling nie wykorzystała w pełni potencjału jaki ten pomysł miał. Zabrakło mi też jego genezy. Nie chcę pisać dokładnie czego to dotyczyło, bo musiałabym dać porządny spojler, a nie o to tu chodzi. Po prostu z końcem historii nie znałam odpowiedzi na pytania, które postawiłam sobie w połowie, a dla mnie dobra książka, to taka, która nie pozostawia we mnie uczucia niewiedzy.

Przechodząc do kreacji bohaterów - Sky i Zed to postacie, które hurtem 'produkowane' są przez autorów młodzieżówek. Zwyczajni, szukający miłości, z naturą buntowników, niekiedy irytujący i czasem nazbyt pochopni w swych decyzjach. Nie powiem, żebym pałała do nich jakąś szczególną nienawiścią, ale z drugiej strony niczym mnie nie zachwycili, nie zaskoczyli i pewnie niedługo ich sylwetki zatrą się w mojej pamięci. Jednak pomimo tego, mogę przypiąć im etykietkę z napisem 'lubię, ale nie uwielbiam!'.

Być może jestem już za 'stara' na tego typu książki, bo historia Sky i Zeda wywarła na mnie wrażenie ckliwej i zbyt słodkiej. Nie mam nic przeciwko niczym niezachwianej i dozgonnej miłości do końca świata, ale lubię, gdy w książkach do tego zestawu dodany jest fragment grozy, wystawiający ich uczucie na próbę. Jednak czy polecam Kim jesteś, Sky?? I tak, i nie. Może ta historia wniesie coś do Waszego życia, a może nie pozostawi po sobie nic. Wychodzę jednak z założenia, że każda, nawet najgorsza książka zasługuję na szansę, a powieść Joss Stirling zdecydowane najgorsza nie jest. Jeżeli więc nie macie nic przeciwko typowym i przeciętnym młodzieżówkom to sięgnijcie po tę książkę, a nóż Wam się spodoba!
Layken

niedziela, 20 grudnia 2015

Książkowe nowości [styczeń]

Nowy rok się zbliża, a więc nie może zabraknąć towarzyszących mu nowości książkowych! Jesteście ciekawi, co takiego przyniesie nam styczeń? Zapraszam!

polska premiera: 13 stycznia 2016
wydawnictwo: W.A.B.
Czytałam tylko pierwszy tom, ale czeka już na mnie drugi, który mam nadzieje będzie dotrzymywał poziomu pierwszemu, bo historia napisana tam przez Colleen Hoover chwyta za serce i daje do myślenia, dlatego chciałabym przeczytać równie dobrą kontynuacje. Ta dziewczyna jest trzecim tomem i w sumie jestem ciekawa, co się tam znajdzie i jak udało się przedstawić tę historię w trzech tomach.



polska premiera: 13 stycznia 2016
wydawnictwo: YA!
Na pierwszy rzut oka książka wydaje się być bardzo ciekawa, a szczególnie dlatego, że występuje w niej motyw podróży w czasie, który w książkach po prostu uwielbiam! Zobaczymy jak to będzie za drugim 'rzutem', ale już teraz książka wędruję na moją listę 'chcę przeczytać', a mnie pozostaje mieć nadzieję, że z portfela uda się wyskrobać na nią pieniądze!




polska premiera: 13 stycznia 2016
wydawnictwo: Feeria Young
Niedawno przeczytałam pierwszy tom i jestem niesamowicie szczęśliwa, że już niedługo premierę będzie miał drugi, bo jestem naprawdę ciekawa, jak dalej potoczą się losy Sloane i Jamesa, a z opisu wynika, że możliwy jest chyba każdy scenariusz! Oby tylko Kuracja samobójców była tak dobra, jak jej poprzedniczka, a będę usatysfakcjonowana!




polska premiera: 13 stycznia 2016
wydawnictwo: Galeria Książki
Chyba nigdy nie czytałam książki, której rzeczywistość wykreowana jest w świecie zamieszkanym przez Trolle (kimkolwiek są), więc myślę, że może to być coś świeżego, co wprowadzi trochę różnorodności w powtarzających się ciągle schematach. Opis jest na tyle intrygujący, że z chęcią sięgnęłabym po Porwaną pieśniarkę :>




polska premiera: 13 stycznia 2016
wydawnictwo: Feeria Young
Ta książka wydaje się różnić od tych, po które sięgam zazwyczaj. Sądzę, że jest jedną z tych, które można zaliczyć do młodzieżowych horrorów, o których niedawno przekonałam się, że nie są wcale takie złe. Ciekawi mnie ta pozycja, a okładka dodatkowo sprawia, że mam ochotę przeczytać Złe dziewczyny nie umierają.




polska premiera: 19 stycznia 2016
wydawnictwo: Amber
Kłamstwa o prawdzie wydają się być takim typowym odzwierciedleniem powieści New Adult, co tak szczerze, nawet mi się podoba. Lubię ten gatunek, a choć nie lubię schematów, to mam przeczucie, że ta książka, będzie miała w sobie coś wyjątkowego.





Layken

czwartek, 17 grudnia 2015

Wypowiedz jej imię - James Dawson

tytuł oryginału: Say Her Name
wydawnictwo: YA!
ilość stron: 270
polska premiera: 3 czerwca 2015

Za życia samotna, odizolowana i strachliwa dziewczyna, a po śmierci budząca grozę i przerażenie zjawa - Krwawa Mary.

W szkole dla dziewcząt, podczas Halloween, uczniowie postanawiają sprawdzić czy legenda o duchu dziewczyny zjawiającej się w lustrze jest prawdziwa. Żadne z trójki śmiałków z początku nie wierzyło, iż cokolwiek może się wydarzyć, ale z każdym dniem, każdą godziną i sekundą mijającą od Halloween wiadome staje się to, że w opowieściach o Krwawej Mary, nie wszystko zostało wyssane z palca.


Od pół roku zabierałam się do tej książki. Kiedy tylko ujrzałam ją w zapowiedziach zainteresowałam się historią opisaną przez Jamesa Dawsona, bo ciekawiło mnie jak przedstawił powszechnie znany już mit, z którym można by zrobić dosłownie wszystko. I teraz, gdy wreszcie mam Wypowiedz jej imię za sobą, mogę powiedzieć na pewno, że jest to jedna z tych książek, której fabuła jest przemyślana fantastycznie.

Zaczynając od samego zawiązania fabuły, właściwie przekonana byłam, że będzie to kolejna młodzieżówka jakich wiele, bo już pojawił się niesamowicie przystojny chłopak wzbudzający dreszcze na plecach głównej bohaterki. Jednak gdy parę stron dalej doszło już do wywoływania zjawy, ja sama poczułam dreszcze. Następnie wszystko potoczyło się jak lawina i już  mnie nie było. Przez calutkie sześć godzin byłam jak w bańce mydlanej skupiona tylko i wyłącznie na rzeczywistości wykreowanej przez Jamesa Dashnera, która (jak na horror przystało) w pewnych momentach autentycznie mnie przerażała.

Jedną z rzeczy, które mi się najbardziej podobały w tej książce, były bardzo detaliczne opisy sytuacji. Każda potworna scena miała idealne odzwierciedlenie w tekście, przez co moja wyobraźnia nie musiała się tyle gimnastykować, abym wyraźnie ujrzała to, co James Dawson chciał mi przekazać. Jednak tym co, urzekło mnie w jego książce był po prostu niesamowity pomysł. To jak autor ze zwykłego mitu, którym straszą się nastolatki stworzył historię, w której wszystko do siebie pasowało i nie doszukałam się niczego wyrwanego z kontekstu, jest naprawdę godne podziwu. Podczas lektury byłam pod wrażeniem historii jaka przydarzyła się Mary Worningthon i tego, jak bohaterowie dążyli do tego, aby ją w całości poznać.

W porównaniu z całą książką najbladziej wypadli właśnie bohaterowie. Nie wyróżniali się niczym i byli przedstawieni w typowym schemacie - przystojniak i nieśmiała dziewczyna chcąca mu zaimponować. Przez całą książkę irytował mnie ten 'wątek romantyczny', który wprowadzony został trochę na siłę, tak, żeby po prostu był. Cała historia wypadłaby równie dobrze albo i lepiej, gdybym nie musiała czytać co jakiś czas, o tym jaki to Cain jest przystojny i nigdy w życiu nie spojrzy nawet na taką istotę jak Bobbie. Lecz pomimo tego cieszyło mnie, że nie byli przerażeni ciążącą nad nimi klątwą i w dalszym ciągu potrafili się śmiać czy żartować z zaistniałej sytuacji.

Jednak czy mimo pozytywnego odbioru tej książki, jestem gotowa ją polecić? Ujmę to tak: Wypowiedz jej imię w niektórych momentach naprawdę potrafiło mnie przestraszyć, a każdy nawet najmniejsze dźwięk w cichym domu powodował natychmiastowe poderwanie moich oczu znad tekstu. Jeżeli więc niestraszne Wam mściwe zjawy to sięgnijcie po tę książkę, bo jest ona naprawdę dobrze skonstruowanym horrorem. Ale jeśli się na to decydujecie to proszę, nie popełniajcie tego samego błędu co ja - nie czytajcie tego w nocy!!
Layken

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Byliśmy łgarzami - E. Lockhart

tytuł oryginału: We Were Liars
wydawnictwo: YA!
ilość stron: 240
polska premiera: 16 kwietnia 2015

Idealna rodzina, idealna miłość, idealne życie, idealne domy i idealna wyspa. To właśnie Sinclairowie. Ale to tylko pozory. Pod otoczką bogatej, niczym nie skażonej, kochającej się rodziny ukryta jest ułuda, chciwość i fałsz. Ludzie z zewnątrz postrzegają ich jako elitę, do której nie ma wstępu nikt inny. Jednak pewni członkowie tej rodziny mają dość tego sztywnego trzymania się wyznaczonych odgórnie zasad, dlatego postanawiają działać. Lecz jakie będą tego skutki?

Ta książka jest absolutnie świetna. Gdy zaczynałam ją czytać, naprawdę nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Powiem więcej: z początku nawet obawiałam się rozczarowania fabułą, stylem i praktycznie rzecz biorąc wszystkim. Koniec końców byłam wprost oczarowana tworem E. Lockhart. A dlaczego?

Zacznę od tego, że po prostu uwielbiam książki, w których obecny jest wątek amnezji jednego z bohaterów, który to musi dociec prawdy na temat swojej utraty pamięci. I tutaj miałam to w całej okazałości. Mogłam wraz z główną bohaterką zastanawiać się nad poszczególnymi, z pozoru nic nieznaczącymi szczegółami, które serwowała nam rodzina Sinclairów. Mogłam przemierzać wyspę Beechwood w poszukiwaniu przygód i wskazówek. Kolejna rzecz to specyficzny styl autorki. Zdania były krótkie, niekiedy rozłożone na kilka akapitów i właśnie ta odmienność całej konstrukcji powieści mnie urzekła. Uwielbiam nietypowe rozwiązania, dlatego bardzo przypadło mi do gustu to, zastosowane przez E. Lockhart.
"Milczenie to warstwa ochronna, zabezpieczająca przed cierpieniem."
Rzeczywistość rozpostarta w tej książce była dla bohaterów swego rodzaju idyllą, odcięciem od całego świata i pławieniem się w luksusach oraz szczęściu. Lecz to wszystko nie trwało wiecznie. Gdy dobre czasy się skończyły, każdy z Sinclairów starał się trzymać w ryzach przez wzgląd na to, co mógł zyskać i co mogło wymknąć mu się spomiędzy palców. Bardzo polubiłam główną bohaterkę, czyli Cadence. Jej zmagania z dojściem do prawdy, której nikt nie chciał wyjawić cały czas trzymały mnie blisko książki i nie pozwalały się od niej oderwać. Dziewczyna okazała się postacią silną i nieprzerwanie dążącą do jasno wytyczonego sobie na początku celu. Nie dla niej było odpuszczanie.
"Zrób to, co boisz się zrobić."
Wiem, że  Byliśmy łgarzami nie wszystkim się spodobało i pewnie jeszcze nie jeden książkoholik po skończeniu tej historii będzie zachodził w głowę, dlaczego w ogóle zaczął to czytać, ale E. Lockhart w mój gust wpasowała się idealnie. To jak przedstawiła historię Łgarzy było naprawdę poruszające. Poczynając od samego wprowadzenia do fabuły, a na samym jej rozwiązaniu kończąc. Sposób w  jaki wszystkie niepozorne wątki w końcu połączyły się ze sobą, tworząc spójną całość jest naprawdę godny podziwu. Osobliwy klimat, okrywający całą historię dodał jej tego czegoś, czego nie potrafię do końca nazwać i zidentyfikować, ale wiem, że właśnie dzięki temu Byliśmy łgarzami wkradło się przebojem na listę moich ulubionych książek.

E. Lochart poruszyła w tej historii wiele różnych tematów, takich jak akceptacja, rasizm, miłość i dojrzewanie. Byliśmy łgarzami to książka z przesłaniem, które adekwatne jest do naszej rzeczywistości. Z kart powieści wyłania się myśl, że pieniądz może zniszczyć dosłownie wszystko. To co kochasz, może zostać Ci odebrane przez wszechwładzę bogactwa, a Ty nawet tego nie zauważysz.
Layken

czwartek, 10 grudnia 2015

Darmowe książki dla Blogerek!



Wydawnictwo Wymownia przygotowało akcję, do której zaprasza wszystkie chętne Blogerki!

"Jesteśmy wydawnictwem z pasją i chcielibyśmy podzielić się z Tobą nie tylko naszym zamiłowaniem do książek, ale również naszymi książkami. I to zupełnie za darmo. Jeśli zainteresuje Cię nasza inicjatywa, będziesz otrzymywać na swój adres mailowy ebooki i audiobooki zupełnie za darmo. Maile będziemy wysyłać regularnie, co pewien czas, byś mogła znaleźć dla siebie coś wśród literatury, którą Ci zaproponujemy. Książki pochodzić będą z naszego wydawnictwa oraz z pozycji literackich dostępnych w domenie publicznej."

Jeżeli jesteście zainteresowane ta akcją tak samo jak my to zapraszamy po więcej informacji, które znajdziecie po tym linkiem -> http://wymownia.pl/darmowe-ebooki-dla-blogerek/!!

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Plaga samobójców - Suzanne Young [BOOK TOUR]

tytuł oryginału: The Program
wydawnictwo: Feeria Young
ilość stron:456
polska premiera: 23 września 2015
cykl: Program (tom1)

Świat, w którym  udawanie to codzienność. Świat, w którym chwilowa słabość przesądza los. Świat, w którym istnieje coś gorszego od śmierci. Świat, w którym mogą pozbawić Cię wspomnień. To właśnie świat Sloane Barstow.

Gdy straszliwa epidemia, pod postacią masowych samobójstw nastolatków, zbiera swoje żniwa, każdy dorosły bacznie wypatruje chociażby najmniejszej oznaki sugerującej zarażenie kolejnej osoby. A gdy dostrzeże ją właśnie w Tobie, nie będzie litości. Zostaniesz oznakowany i odesłany do udziału w Programie, gdzie zniszczą to, co kiedyś było Tobą i zbudują Cię od nowa. Nie będziesz miał już nic. 

Brat Sloane zachorował i popełnił samobójstwo. A teraz ona jest w grupie podwyższonego ryzyka. Jednak dokładnie wie, co ma robić. Nie może dopuścić do tego, by ktoś zauważył coś, czego nie powinien. Sobą może być tylko przy swoich przyjaciołach, którzy wiedzą co to znaczy być posłanym na leczenie. Jednak gdy wszystko zaczyna sypać się jak domek z kart, Sloane zaczyna walkę o to, co kocha nade wszystko, o swoją przeszłość i o samą siebie.

Zanim jeszcze Plaga samobójców trafiła w moje ręce, absolutnie nic nie zapowiadało tego, że ta książka okaże się tak dobra! Gdy tylko moje oczy padły na tekst, zrozumiałam, że ta historia całkowicie mnie pochłonie. I tak też się stało. Wszystko inne zeszło na boczny tor. Ten czas, w którym pochłonięta byłam lekturą, gospodarowałam tylko i wyłącznie pod jej dyktando. Nie chciałam, by coś przeszkodziło mi w całkowitym i szybkim poznaniu Plagi samobójców, bo należę do ludzi niezbyt cierpliwych, a książki takie jak ta, jeszcze bardziej tę niecierpliwość pobudzają.

Pomysł Suzanne Young na fabułę jest wielce oryginalny. Nie spotkałam się jeszcze nigdy z takim tematem. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że można by samobójstwa upchnąć pod etykietę epidemii. I muszę przyznać, że już w trakcie czytania, bardzo mi się to spodobało. Widać było, że autorka wszystko po kolei dobrze sobie przemyślała i pieczołowicie wykonała, tak aby każdy, nawet najmniejszy szczegół nie był wyrwany z kontekstu i by dopełniał całości.

Postacie, które miałam okazję poznać w Pladze samobójców nie wyróżniły się niczym w moich oczach, ale też nie zawiodłam się na nich i nie popsuły całości. Były po prostu takim typowym odzwierciedleniem dystopijnych bohaterów z dopasowanymi do swojej rzeczywistości cechami. Mimo takiego typowego dla młodzieżówek schematu, który określał każdego z nich, naprawdę  polubiłam wszystkich razem i każdego z osobna. Główna postać, czyli Sloane, została naprawdę okrutnie doświadczona przez los. I nie chodzi tu tylko o stratę bliskiej osoby. To wszystko z czym musiała się zmagać było naprawdę okropne. Musiała pozostać silną i umiejącą stawić czoła nawet tym, którzy tak naprawdę powinni ją chronić, a przy których nie mogła pozwolić sobie na nic więcej prócz wymuszonego uśmiechu, na znak, że wszystko gra.

Jestem przeogromnie szczęśliwa, że miałam okazję przeczytać Plagę samobójców, bo jest to książka z pozoru taka jak wszystkie, ale gdy się człowiek w nią zagłębi, zrozumie, że niesie ona ze sobą pewną wyjątkowość, której żaden zapalony mol książkowy nie powinien przegapić.
Layken

Tę książkę przeczytałam dzięki akcji Book Tour zorganizowanej przez Natalię z bloga Książkowe kocha, nie kocha (jedynemu blogowemu patronowi książki) oraz Wydawnictwu Feeria Young

czwartek, 3 grudnia 2015

Opposition - Jennifer L. Armentrout

tytuł oryginału: Opposition
wydawnictwo: Filia
ilość stron: 398
polska premiera: 28 października 2015
cykl: Lux (tom5)

Jeżeli nie czytałeś, drogi czytelniku poprzednich tomów serii Lux, to omiń proszę opis, ponieważ są tam spojlery, których na pewno nie chciałbyś przeczytać!

Stało się. To, o czym ludzie rozprawiali przez wieki w końcu zostało potwierdzone. Kosmici naprawdę istnieją, a teraz przybyli na Ziemię, aby nas zabić i przejąć władzę nad naszą planetą. Luksjanie żyjący na Ziemi nie mają innego wyjścia - są zmuszeni dołączyć do tych przybyłych z kosmosu i stanąć po ich stronie. Inaczej czeka ich tylko śmierć. 

Katy wie, że losy całego świata zależą teraz od łaski i niełaski Luksjan. Bezlitosnych i nieludzkich Luksjan, którzy nie przejmują się 'czymś' tak słabym jak człowiek. Ludzie giną jeden za drugim, a strach nie pozwala pozostałym normalnie żyć. Dobre czasy się skończyły. Nadeszły czarne dni niepewności i niepokoju. Dziewczyna i jej przyjaciele chcą pokonać nowo przybyłych i zakończyć to co ci zaczęli. Przy takim planie jedyną możliwą opcją może okazać się zasada - "Wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem."

To już koniec. Ostatni tom serii, którą absolutnie kocham już za mną. Przez ostatnie półtora roku moje życie składało się z czekania na kolejne tomy serii Lux i niecierpliwości z tym związanej. I jak tu teraz żyć bez ciągłego sprawdzania w internecie czy już może pojawiła się data premiery kolejnego tomu? To naprawdę smutne. I chociaż Opposition pojawiło się już miesiąc temu, a ja musiałam każdą poprzednią część przeczytać zaraz po premierze, tak teraz zwlekałam. Zwlekałam, bo miałam świadomość tego, że przeczytam tę książkę po raz pierwszy tylko raz. I tylko ten jeden jedyny raz wszystko będzie dla mnie nowe, niesamowite i zaskakujące. Ale czy Opposition było warte tego czekania?

Sama do końca nie wiem. Po zakończeniu Originu - poprzedniego tomu - spodziewałam się wielkiej bomby, której tak do końca nie dostałam. Nie mówię jednak, że ostatni tom nie podobał mi się, bo bynajmniej tak nie było. To jest kwestia tylko i wyłącznie tego, że oczekiwałam czegoś więcej. Ale nie zmienia to faktu, że finał serii jest niesamowity! Już od początku pędzące wydarzenia porwały mnie w samo centrum. Tam, gdzie rozgrywały się losy bohaterów i całego świata. Tam, gdzie miłość mieszała się ze strachem. Tam, gdzie życie przyćmiewała śmierć. Uwielbiam panią Armentrout za to, co robi w swoich książkach i za emocje, które towarzyszą mi podczas lektury.

W tej części klimat był nieco mroczny, za sprawą wszechobecnej śmierci, która groziła każdej żywej istocie. W niektórych sytuacjach dało się czuć niemoc, która ogarniała bohaterów, bo nie mieli oni wypływu na okropieństwa przydarzające się im bez ustanku. Dzięki niesamowitemu doświadczeniu i umiejętnościom pani Armentrout, mogłam idealnie wyobrazić sobie dowolną scenę i każdy najmniejszy szczegół, niezbędny do pojęcia całości; poczuć emocje i te złe, i te dobre. Czytałam i czytałam, nie chcąc dotrzeć do końca, ale jak to we wszystkim bywa ten koniec musiał kiedyś nadejść. Ale czy był on idealny? Na miarę finału?

Powiem tak: nie jestem w pełni usatysfakcjonowana, ale też nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Jeżeli mam spojrzeć na to tylko i wyłącznie swoimi oczami, to muszę stwierdzić, że czegoś mi w nim zabrakło. Odczuwam lekki niedosyt, bo mam wrażenie, że Jennifer L. Armentrout nie wykorzystała do końca wszystkiego, co pozostało jej w zanadrzu. Gdy wspominam zakończenia poprzednich części, to wrażenie jeszcze bardziej wzrasta. Z drugiej jednak strony, nie wiem, czy coś innego nie zepsułoby rzeczywistej koncepcji. Chociaż mimo to myślę, że zmodyfikowałabym parę drobiazgów na miejscu autorki. Ale jak wyżej, jest to tylko moje osobiste wrażenie i absolutnie nie umniejsza to w żadnym stopniu tej książce.

Seria Lux już się skończyła, ale ja żadnym razie nie mam zamiaru z nią kończyć. Uwielbiam świat wykreowany przez panią Armentrout i nie wyobrażam sobie by Katy i Daemon zniknęli z mojego życia wraz z finałem serii, dlatego  zamierzam wracać i wracać, i wracać do tych wspaniałych książek jak długo będzie możliwe.
Layken