czwartek, 31 marca 2016

Urodzona o północy - C.C. Hunter

tytuł oryginału: Born at Midnight
wydawnictwo: Feeria
ilość stron: 365
polska premiera: 15 stycznia 2014
cykl: Wodospady Cienia (tom1)

Wampiry, wilkołaki, elfy. Każdy wie, że nie istnieją. Prawda? To przecież postacie z książek. One nadają im tę fantastyczność, którą tak kochamy. Lubimy zatapiać się w książkowych rzeczywistościach, aby poznać to, co nam nieznane i co nie ma prawa istnienia w naszym prawdziwym i zwykłym otoczeniu. Ale co, jeśli to wszystko kłamstwo? Złudzenie? Co jeśli nasz świat ma tak naprawdę swoją fantastyczną odsłonę, której my, przeciętni ludzie, nie jesteśmy w stanie spostrzec? Co jeśli bajki mogą kazać się prawdą? Bo dla Kylie się okazały.

Szesnastolatka przechodzi ostatnio trudny okres. Jej babcia zmarła, rzucił ją chłopak, a rodzice właśnie oznajmili, że to koniec ich małżeństwa. Na dodatek wszędzie widzi dziwnego żołnierza, którego nikt poza nią nie dostrzega. Dziwne prawda? No właśnie. Dlatego wizyty u 'świrologa' to dla dziewczyny norma. Lecz gdy pewnego dnia, na imprezie Kylie zostanie aresztowana, a jej matka wyśle ja na obóz dla młodzieży z problemami, dla pojęcia takiego jak 'norma' nie będzie w  jej życiu miejsca, bo to odmieni się już na zawsze. Bezpowrotnie. Kylie przekona się, że wampiry i wilkołaki nie muszą być groźne, a znakiem rozpoznawczym elfów wcale nie muszę być długie uszy. No i nie każda czarownica jest mistrzynią w swoim fachu. A kim jest ona sama? Tego nikt nie potrafi powiedzieć.

Chyba każdy słyszał już o tej książce, prawda? Ja również, dlatego już od dłuższego czasu chciałam zapoznać się z tą historią, szczególnie, że rzadko mam okazję czytać paranormal romance. I koniec końców czuję się rozczarowana, bo liczyłam na więcej 'paranormal' niż 'romance', a w rzeczywistości było dokładnie na odwrót.

Ale po kolei. Z początku było naprawdę dobrze. C.C. Hunter dała mi historię nastolatki porządnie sponiewieranej przez życie, do której zostaje przypięta etykietka nadnaturalnej istoty. I przez mniej więcej połowę książki, naprawdę podobało mi się to połączenie, ale z biegiem stron wszystko zatrzymało się tak naprawdę w tym samym punkcie. Miałam wrażenie, że akcja nie rozwija się dalej, tak jakby autorka nie wiedziała co z tym fantem zrobić. Ale cóż... coś tam zrobiła, jednak to okazało się dla mnie totalną pomyłką.

Gdy w akcji zaczęły wynikać jakieś dziwne i tajemnicze sytuacje, w mojej głowie zaświtała myśl, że szykuje się tutaj gruba intryga. I przez długi czas miałam na takową nadzieję. Jednakże to co z tego wynikło rozczarowało mnie na całej linii. Okazało się to bardzo banalne i niezbyt wygórowane. Liczyłam na porządne tło, do całej historii Kylie, a otrzymałam marną namiastkę 'wielkiej zagadki', z którą muszą uporać się bohaterowie. A właściwie to nie musieli się z niczym uporać, bo autorka pokierowała fabułę tak, aby wszystko poszło im jak po maśle. I to mnie tak denerwowało.

Natomiast bardzo polubiłam bohaterów. Chociaż może nie tyle ich polubiłam, co okazali się mniejszym złem jeśli porównać ich do całości. Większość z nich okazała się po prostu zwykłymi istotami, które zwykle grzeją miejsce w młodzieżówkach. Lecz, jak wyżej, zdołali oni skraść moją sympatię. A w szczególności przyjaciółki Kylie, czyli Miranda i Della, które okazały się tym dodatkiem humoru do fabuły. A sama główna bohaterka często denerwowała mnie rozterkami miłosnymi w stylu "którego wybrać?", bo w tej książce występuje taki klasyczny trójką miłosny. No, ale cóż, wiedziałam o tym biorąc się za tę książkę, więc nie będę tyle narzekać.

Urodzona o północy to dobra książka z ciekawym ukazaniem istot nadnaturalnych. I gdybym czytała ją jakieś trzy lata temu, to prawdopodobnie byłabym zachwycona, a obecnie mam za sobą za dużo podobnych książek by C.C. Hunter mogła mnie tą oczarować. Lecz nie uważam czasu spędzonego na lekturze tej historii za stracony, bo mimo wszystko polubiłam tę książkę i mam nadzieję przeczytać wkrótce kolejne tomy, ponieważ ciekawi mnie jakim torem się to wszystko potoczy.
Layken

poniedziałek, 28 marca 2016

[przedpremierowo] Chłopak, który stracił głowę - John Corey Whaley

tytuł oryginału: Noggin
wydawnictwo: Otwarte
ilość stron: 350
polska premiera: 13 kwietnia 2016
"Niektórzy ludzie mówią, że umieranie w samotności jest gorsze niż sama śmierć. Może powinni spróbować samotności za życia. Człowiek zaczyna się dziwić, że w ogóle interesował go powrót."
Śmierć to ciężka sprawa. Jest zawsze obecna w naszym życiu. Czasami mniej, a czasami bardziej, ale to tak naprawdę nie ma znaczenia, bo głęboko w naszej podświadomości mamy to poczucie, że przyjdzie taki dzień, kiedy w końcu będziemy musieli się z nią zmierzyć. A dla Travisa ostateczny czas zbliża się nieuchronnie wielkimi krokami.

Chłopak w wieku szesnastu lat zachorował na raka. Nieuleczalnego raka. Okres leczenia był najcięższym w jego dotychczasowym życiu, a męka przez jaką przechodził powoli zaczęła odbierać mu chęć do dalszej walki. I gdy jego koniec był już niemal przesądzony, Travis dowiedział się o szalonym eksperymencie. Wbrew wszelkiej logice, popędzany zmęczeniem i czasem jaki mu został - zgodził się. A teraz, po pięciu latach od tamtej chwili, po pięciu latach tkwienia w zawieszeniu między życiem a śmiercią powrócił. Z własną głową na obcym ciele... Ale nie tylko to się zmieniło.

Wydawało Wam się, że transplantacja głowy jest niemożliwa? Mnie też, dopóki nie przeczytałam Chłopaka, który stracił głowę. Pan Whaley postanowił wznieść się na wyżyny absurdu i stworzyć coś, co w rzeczywistości nie miałoby racji bytu (na dzień dzisiejszy) i zrobił to w sposób niezwykły. A dlaczego? Ponieważ temat owej "głowy" wymodelował jako tło dla epizodów rozgrywających się w powieści. Tak naprawdę czytałam powieść o chłopcu, który stanął przed trudnym zadaniem. Musiał ponownie odnaleźć swoje miejsce w życiu, po tym jak zabrała mu je okrutna choroba.

Autor bierze nas na pasażerów powrotnej podróży Travisa. Skrzętnie opisuje i pozwala wyczuć nam wszystkie emocje, towarzyszące chłopakowi w nowym dla niego świecie. Mamy okazję śledzić, jak każdy z osobna radzi sobie z tym, na co nie było prawie żadnej nadziei. Zaskoczeniem było dla mnie, jak mocno niemalże każdy aspekt poprzedniego życia Travisa uległ zmianie. Ta książka pokazała mi, że marne pięć lat, które wydawało mi się tak naprawdę niczym to w rzeczywistości szmat czasu, który dzielił Travisa od życia "sprzed". I autentycznie podobało mi się, że John Whaley nie postawił na melancholię, która w takim temacie mogłaby wydawać się wiodąca. Autor wplótł zaś w swą książkę mnóstwo dobrego humoru, który skutecznie ubarwił całą historię.
"-W moim pokoju chyba jest zdechły chomik. Więc twój wydaje się przytulny.
-Chyba?
-Wiem tylko, że mieliśmy chomika, a potem nie mieliśmy chomika. Obok mojej szafy leży spora sterta ubrań i innych śmieci.
-Czy twój tata nie jest przypadkiem weterynarzem?
-Jest. Nie mów mu. On myśli, że zakopaliśmy go w ogrodzie."
Postacie, które poznałam podczas lektury są jedną z lepszych stron tej książki. Autor każdemu z nich poświęcił choć chwilę, co doskonale widać. Nie odniosłam wrażenia, że któraś z nich była tam przypadkiem, a o innej wiem za mało, aby zbudować sobie kompletny obraz. I choć w niektórych momentach nie rozumiałam ich postępowania, miałam nadzieję, że zrobią coś tak, a nie inaczej, to nie byli papierowi. Byli prawdziwi.

Chłopak, który stracił głowę to historia inna niż wszystkie. Choć, tak, jest to młodzieżówka, która ma  skłaniać do refleksji i ukazywać wiele aspektów młodzieńczego życia. Jednakże w sposób oryginalny, choćby przez samo niewiarygodne tło, które mnie osobiście zaintrygowało na tyle, bym chciała poznać tę książkę. Bo nie czytałam jeszcze książki podobnej do tej. Nigdy nie sądziłam nawet, że ktoś będzie w stanie stworzyć tak oryginalną, szaloną i wymyślną historię. Może ta pozycja zaginie kiedyś w morzu innych, jednakże dam sobie głowę uciąć, że tak nietypowej nie znajdziecie!

Za możliwość przeczytania Chłopaka, który stracił głowę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte!

                                                                   Layken

czwartek, 24 marca 2016

Przeznaczeni - Holly Bourne

tytuł oryginału: Soulmates
wydawnictwo: YA!
ilość stron: 325
polska premiera: 19 listopada 2014

"Prawdziwa miłość nie wszystko wybacza. Prawdziwa miłość nie zawsze zwycięża. I co najważniejsze, prawdziwa miłość nie zawsze kończy się szczęśliwie - i nie o to w niej chodzi. Miłość zmienia ludzi. Kształtuje ich. Spala serca na popiół, ale później powstaje ono niczym feniks, silniejsze i wspanialsze niż kiedykolwiek."
Wierzycie w przeznaczenie? No wiecie... że gdzieś w świecie czeka Wasza lepsza połowa. W momencie, kiedy w końcu ją spotkacie, nawet całkiem przypadkiem, gdy spojrzycie jej w oczy od razu zrozumiecie, że ta osoba jest kimś wyjątkowym. Kimś kto odmieni Wasze życie już na zawsze. I chyba nie jeden z nas marzy skrycie o odnalezieniu swojej prawdziwej i bezwarunkowej miłości. O kimś kogo mógłby kochać bez strachu, bez obaw, szczęśliwie i na zawsze. A co jeśli przeznaczenie chciałoby sobie z nas zażartować? Co jeśli dałoby nam naszą miłość tylko po to, aby zaraz ją odebrać? Bo pozostanie razem groziłoby zagładą całej ludzkości...

Poppy mieszka w małym Middletown i wyznaje zasadę, że w jej otoczeniu nie ma absolutnie żadnego przedstawiciela płci przeciwnej, którego mogłaby obdarzyć uczuciem. Dziewczyna postanawia nawet nie rozglądać się za kimś takim i czekać, nie omieszkając przy tym czynić cynicznych komentarzy względem przystojniaków, którymi zachwycają się jej przyjaciółki. Jednak gdy pewnego dnia w starej knajpce na koncercie Nerwobóli, jej wzrok krzyżuje się z przystojnym gitarzystą, wszystko spada na nią jak grom z jasnego nieba. Poppy odurzona swoją pierwszą miłością nawet nie podejrzewa, że wszystko może zostać jej brutalnie odebrane w jednej chwili.

Pewnie powiecie, że to zwykła i przeciętna młodzieżówka. I pewnie będziecie mieli rację. Powiem Wam w tajemnicy, że czytanie tej książki szło mi strasznie topornie. Pierwsze dwieście stron to była jakaś totalna pomyłka. Nie mogłam znieść  dosłownie wszystkiego. Irytującej Poppy, koszmarnego Noe'go, za szybko rozwijającej się miłości. Poważnie zastanawiałam się czy nie odłożyć tej książki, ale stwierdziłam, że jak już zaczęłam to i dokończę. I na całe szczęście, bo warto było się przemęczyć dla samej końcówki.

Sam pomysł na fabułę jest genialny. Miłość sprowadzająca zagładę na cały świat? To mogłoby stać się naprawdę dobrą książką, gdyby nie dość słabe wykonanie. Zaczynając Przeznaczonych liczyłam na porządną dawkę emocji, które będą trzymać mnie w swoich sidłach od początku aż do końca. A dostałam coś prawie wyzutego z emocji. Słowa wciśnięte w usta bohaterów wydawały mi się naprawdę sztuczne. Może to tylko moje  wrażenie, ale myślę, że w prawdziwym życiu takie dialogi nie miałyby miejsca, a w dobrej historii chyba chodzi o to, aby była autentyczna, prawda?

No i naprawdę zły wątek miłosny. Po prostu nie potrafię zdzierżyć, gdy  miłość między dwójką bohaterów rozwija się w zawrotnym tempie. Przez takie coś sama miłość nie jest dla mnie prawdziwa, ale pretensjonalna i przerysowana. Nie widzę w niej nic wiarygodnego, bo sam proces zakochiwania się nie został uchwycony, lecz sprowadzony do minimum.

Główna bohaterka, czyli Poppy na samym początku niesamowicie mnie irytowała. Myślała jedno, a robiła drugie. Wkręcała wszystkim dookoła, że absolutnie nie ma możliwości, aby przystojny gitarzysta mógł zawrócić jej w głowie, a po nocach wypłakiwała litry łez z jego powodu. Noe irytował mnie równie mocno samym swoim wyniosłym zachowaniem. Jednak od drugiej przełomowej połowy książki obydwoje stali się... normalniejsi. Jakby zaszła w nich jakaś zmiana, sama nie wiem pod wpływem czego, ale wtedy zaczęłam żywić do nich jakąś sympatię i stali się o niebo lepsi.

 Koszmarny początek, który najchętniej zmieniłabym w całości i genialna końcówka, w której wszystko pozostawiłabym na swoim miejscu. Naprawdę. Jakbym z dramatu przeniosła się do raju. Od ostatnich stu stron wprost nie mogłam się oderwać, a sam plan jaki Holly Bourne na nie miała totalnie mnie zaskoczył. Niezmiernie ucieszyło mnie to, że autorka nie bawiła się w słodkości i postawiła na brutalną, szarą rzeczywistość. Tego właśnie brakowało mi na początku i na całe szczęście dostałam to na finiszu. Z nawiązką.

Jednakże czy polecam Przeznaczonych? Mimo wszystko tak. Jak napisałam na wstępie, warto przemęczyć się przez początek, aby poznać tak genialny finał, na który wprost nie mam słów. Mogę napisać tylko, że jest wyjątkowy, niesamowity, świetny i mnóstwo innych synonimów, mając nadzieję, że to Was zachęci. I jak, zachęciłam Was? Mam nadzieję.
Layken

poniedziałek, 21 marca 2016

Magonia – Maria Dahvana Headley

tytuł oryginału: Magonia
wydawnictwo: Galeria Książki
ilość stron: 320
polska premiera: 3 lutego 2016

   Aza Ray od piętnastu, prawie szesnastu lat boryka się ze straszliwą chorobą, przez którą nie może oddychać, mówić i normalnie funkcjonować. Niestety, nikt wcześniej nie słyszał o takim przypadku. Choroba została nawet nazwana jej imieniem. Kiedy dziewczyna zauważa przebłysk statku sunącego po niebie, jej rodzina i lekarze uważają to za halucynacje wywołane przyjmowaniem leków. Ona jednak wierzy, że to co zobaczyła, istnieje naprawdę. Jedyną osobą, która nie wątpi w słowa nastolatki, jest jej najlepszy przyjaciel Jason. Oboje darzą siebie czymś więcej niż przyjaźnią, lecz, kiedy nadchodzi dzień, gdy chcą wyznać swoje uczucia...
...Aza odchodzi ze świata ludzi, by znaleźć się gdzie indziej – w Magonii, podniebnej krainie.
   Tam Aza nie jest już tą samą słabą, ledwo żyjącą dziewczyną, lecz ma potężną moc. Zanim jednak dowiaduje się jak naprawdę jest silna, dochodzi do wojny między Magonią, a Ziemią, której los zależy od piętnastolatki. W obronie, którego świata postawi się Aza Ray?

   Muszę przyznać, że miałam złe przeczucia co do tej książki. Kiedy zaczęłam ją czytać ani trochę mnie nie pochłonęła. Myślę sobie „kolejna powieść o biednej, chorej dziewczynie, co w tym ciekawego?”. Co więcej, nie podobał mi się styl autorki, gdyż na początku wszystko jest strasznie bardzo pomieszane, nie wiadomo co kiedy się dzieje, przynajmniej ja miałam takie odczucia. Ponadto denerwowały mnie sytuacje, kiedy pani Headley wprowadzała pewną myśl, a następnie nie tłumaczyła z czego to wynikło, tak jakby czytelnik sam miał się domyślić dlaczego tak się stało. Naprawdę ledwo przebrnęłam przez pierwsze strony, myślałam, że przegram z Magonią i zabiorę się za inną książkę, lecz to co przeczytałam na kolejnych kartkach pozytywnie mnie zaskoczyło.

   Tak jak bardzo po rozpoczęciu lektury nie mogłam przywyknąć do stylu pisarki, tak bardzo w kolejnych rozdziałach pochłonęło mnie jej dzieło, że nawet nie zwracałam uwagi na długie opisy. Jest to też zasługa tego, że na szczęście zostało wprowadzone więcej dialogów między bohaterami powieści. Myślę, że pomijając słowa, które zostały specjalnie stworzone przez autorkę, język jest prosty, nie trudny do zrozumienia, co także umila lekturę i pozwala na jej dokładny odczyt.

Jest tylko niebo. Bezkresne niebo.
Pełne statków.
Ze wszystkich stron, w różnych odległościach, różnych rodzajów: małe żaglowce, duże statki jak ten.
Statki otulone własną pogodą.”

   Magonia. Kiedy zobaczyłam ten intrygujący tytuł książki słowo to skojarzyło mi się z czymś spokojnym. Magonia jest to piękna podniebna kraina po której poruszać można się tylko statkami.
   Świat jaki przedstawia nam Maria Dahvana Headley jest fantastyczny. Pierwszy raz spotkałam się z tego typu dziełem i muszą przyznać, że autorka miała genialny pomysł, a wykonała go po mistrzowsku. Pokazana na początku powieści chora dziewczyna, która ledwo żyje, sprawia, że czytelnik myśli sobie, że to nic nowego, co zniechęca do czytania, ale jednak coś nie pozwala przestać zagłębiać się w historię Azy, nadal zostaje nadzieja na to, że dalsze rozdziały będą lepsze, i osobiście się nie zawiodłam, ponieważ ta pozornie chora dziewczyna okazała się kimś więcej, kimś kto jest na tyle ważny, że poszukuje jej okręt żeglujący w chmurach.

   Kolejnym plusem, który śmiało mogę dać pani Headley, jest nieschematyczność powieści. Nienawidzę, kiedy dalszy ciąg książki można bez problemu przewidzieć. Otóż nie w tym przypadku. Autorka Magonii często zwodzi swojego czytelnika. Ja podczas czytania wiele razy myślałam, że wiem co się wydarzy w następnej chwili, lecz następnie okazuje się, że sprawy potoczyły się inaczej, co bardzo mnie cieszy.

Była jak skarb znaleziony pod powierzchnią jezior, kiedy wiosną topnieje lód.”

   Oczywiście nie zabrakło wątku miłości. Najpierw przyjaźń, potem głębsze uczucie. Wiele osób mogłoby uznać, że taka więź długo nie przetrwa. Ja uważam wręcz przeciwnie i myślę, że Aza oraz Jason poparliby moje zdanie, ponieważ mimo dość młodego wieku i przeszkód jakie spotykają na swej drodze, oni wciąż trwają w swojej miłości. Dzieląca ich odległość, która nie jest łatwa do przebycia, nie sprawia, że poddają się w odnalezieniu siebie na nowo.

   Teraz kilka słów o bohaterach. Jak już wspominałam wyżej, główną bohaterką jest Aza. Jest ona zwyczajną, chorującą od dziecka nastolatką, tak jej się przynajmniej wydaje. Aza Ray to inteligentna, miła, zabawna i bardzo dojrzała jak na swój wiek piętnastolatka. Twierdzi, że jej życie to szpital i jest gotowa by umrzeć, wie, że umiera od zawsze, ale pomimo tego jest odważna i się nie poddaje. Nie chce być traktowana jak inwalida, lecz jak zwyczajna dziewczyna, taka jak jej rówieśniczki. Jej jedynym przyjacielem, którego zna odkąd pamięta, jest Jason. Tak jak i ona jest inteligentny. Oboje znają wiele faktów o różnych rzeczach, które wykorzystują do zawodów o to, kto zna ich więcej. Jason, pozornie niepoważny chłopak, bardzo dba o swoją przyjaciółkę, zawsze jest przy niej, kiedy dzieje się coś złego. Uważam, że ta dwójka pasuje do siebie idealnie, zarówno jako przyjaciele, jak i osoby darzące się większym uczuciem.

   Pewnie już każdy się domyślił, że bardzo zachęcam do zapoznania się z tą pozycją, gwarantuję wiele pozytywnych wrażeń. Naprawdę warto zobaczyć oczami wyobraźni coś nowego. Myślę, że nikt kto zdecyduje się sięgnąć po Magonie, nie pożałuje swojego wyboru.

Shadow

czwartek, 17 marca 2016

Troje - Sarah Lotz

tytuł oryginału: The Three
wydawnictwo: Akurat
ilość  stron: 480
polska premiera: 22 maja 2014

Jeden dzień.  Cztery katastrofy.  Tysiące ofiar.  I troje ocalonych.

Gdy pewnego dnia, w różnych miejscach świata mają miejsce cztery katastrofy lotnicze, ludzkość staje na granicy obłędu. Tysiące osób pogrąża się w żałobie, której towarzyszy niedowierzanie. Bo jak to racjonalnie wyjaśnić? Szybko okazuje się, że z niemożliwej do przeżycia katastrofy, właściwie bez szwanku wychodzi troje dzieci. Szczęśliwa trójka zostaje okrzyknięta cudem, a świat pogrąża się w szaleństwie.

Zaczyna pojawiać się ogrom nieracjonalnych teorii na temat katastrof i Trojga. Jedni doszukują się w tym znaku, zwiastującego bliski już koniec świata, drudzy twierdzą, że w Trojgu zamieszkali kosmici, a katastrofy to ich sprawka, a jeszcze inni są przekonani, że Czarny Czwartek jest wynikiem zamachu terrorystycznego. Co stało się naprawdę? Kto był w to zamieszany? I kim tak naprawdę są Troje? No właśnie. Tego nie wie nikt.

Kiedy tylko przeczytałam opis tej książki, wiedziałam, że prędzej czy później po nią sięgnę. Uwielbiam takie katastrofalne klimaty, a zdarzenia, które nie posiadają racjonalnego wyjaśnienia to coś stworzonego wprost dla mnie. A kiedy już zaczęłam czytać dostałam coś całkiem innego niż się spodziewałam. Ale czy się zawiodłam? Absolutnie nie. Wręcz przeciwnie. Sarah Lotz dała mi coś jeszcze lepszego.

Troje nie jest zwykłym tekstem. Treść tej książki składa się na transkrypcje nagrań, wycinki książek, gazet, relacje świadków i fragmenty czatów internetowych. I właśnie dlatego czułam się na początku zaskoczona. Ale to okazało się naprawdę dobre. Mogłam poznać wiele punktów widzenia na te przedziwne zdarzenia, a to było genialne, bo dzięki temu zabiegowi w mojej wyobraźni wytworzył się kompletny obraz Czarnego Czwartku, a uwierzcie mi, że pełna wiedza dała mi bardzo dużo. Jednak nie to jest najlepsze. Otóż powiem Wam, że ta książka naprawdę niesamowicie wciąga. Mimo dość niewielkiej czcionki rozłożonej na prawie całej stronie, kartki przekładałam nadzwyczaj szybko i nie mogłam odłożyć tej książki na bok.

Cała fabuła została fantastycznie skonstruowana. Już od początku pojawia się wór pytań, na które nikt nie może odpowiedzieć. Autorce udało się skonstruować sukcesywnie narastające napięcie, a co za tym idzie nieustającą ciekawość jaka się u mnie, jako czytelnika pojawiała. Nie zabrakło również szczegółowego opisu sytuacji, jaka zapanowała na całym świecie po katastrofach. Ludzie pogrążyli się w amoku obłąkani szaleńczą wizją przyszłości, jaka ich zdaniem czekała każdego. I ta psychologiczna analiza zachowań to jeden ze zdecydowanych plusów tej książki,  bo Sarah Lotz zrobiła to po prostu genialnie.

Najwięcej pytań postawiło jednak zakończenie. Z jednej strony pani Lotz przedstawiła je tak, że w moim umyśle zarysowało się swoiste wyjaśnienie, lecz w znacznie większym stopniu pozostało ono otwarte. Nie dostałam jednoznacznego rozwiązania, co nie powiem, trochę mnie ubodło, bo przez całą książkę czekałam na wielki finał, który powie mi absolutnie wszystko. I gdy tego tak naprawdę nie dostałam, muszę przyznać, że rozczarowana nie byłam. A dlaczego? Ponieważ akurat w tym wypadku takie, a nie inne zakończenie wydało mi się właściwe. Czytelnik na własną rękę może snuć spekulacje o ostatecznym rozrachunku i kiedy w innej powieści prawdopodobnie taki zabieg by mnie rozczarował, tak w Trojgu odebrałam to zaskakująco dobrze.

Troje to dobry, trzymający w napięciu thriller, który stawia przed czytelnikiem sporo pytań, lecz jeśli po każdej książce oczekujecie zwięzłego i ostatecznego finału, to prawdopodobnie się rozczarujecie, bo Sarah Lotz postanowiła pozostawić nam, czytelnikom wolną rękę, abyśmy sami dopowiedzieli sobie to, czego ona nam nie powiedziała. Zachęcam Was jednak to spróbowania Trojga, bo jest to książka warta uwagi.
Layken

poniedziałek, 14 marca 2016

Na krawędzi nigdy - J. A. Redmerski

tytuł oryginału: The Edge of Never
wydawnictwo: Filia
ilość stron: 476
polska premiera: 22 stycznia 2014
cykl: Na krawędzi nigdy (tom1)
 "Zbieg okoliczności jest wygodnym wytłumaczeniem dla przeznaczenia."
Camryn znalazła się na życiowym rozdrożu, właściwie nie wiedząc co robić dalej. Życie zdążyło już okrutnie ją doświadczyć, co nadal wywołuje nieustanny ból we wspomnieniach. Pewnego dnia dziewczyna postanawia w końcu rzucić wszystko, przerwać monotonię jaka ją ogarnęła i wyruszyć w podróż donikąd. Na swojej drodze napotyka Andrew, który niespodziewanie staje się jej towarzyszem broni. Razem przemierzają stany w pogoni za życiem, ale czy po drodze zdołają odnaleźć siebie?

Słysząc o tej książce, nie mogłam doszukać się jej złej recenzji. Gdzieżbym na nią nie trafiła, tam rozpływano się nad świetnością tej historii. Jednakże nawet mimo tego nie byłam do końca przekonana do lektury Na krawędzi nigdy, bo czytając opis widziałam tylko zwykłe New Adult, z naprawdę piękną okładką. Jednak w końcu postanowiłam dać tej książce szansę i teraz absolutnie cieszę się ze swojej decyzji.

 Zaczynając tę książkę właściwie nie widziałam w niej nic szczególnego. Ci sami bohaterowie, z tymi samymi doświadczeniami, szukający w życiu czegoś, co uczyni je niezwykłym. Standardowy pomysł na historię z nurtu New Adult. Dopiero po pewnym czasie zaczynałam dostrzegać przebłyski niezwykłości, która z biegiem stron zaczęła dosłownie wyzierać z kart tej powieści. Po chwili, nawet nie wiem kiedy, byłam już w sidłach tej historii owładnięta jej spontanicznością i prostotą.

 Naprawdę spodobał mi się pomysł osadzenia fabuły w podróży. Dzięki temu nie było monotonnie i praktycznie cały czas się coś działo, dlatego nie mogło być mowy o nudzie. Akcja cały czas była w ruchu i tak naprawdę można było spodziewać się wszystkiego. Autorka potrafiła mnie zaskoczyć w najmniej spodziewanym momencie, a ostatnie strony czytałam z rosnącym drastycznie napięciem, bo pani Redmerski postawiła przede mną wydarzenia, które po prostu zapierały dech w piersiach.

Camryn i Andrew byli bohaterami dość schematycznymi, ale potrafili też wprawić mnie w konsternację.  Polubiłam ich, i choć pewnie ich imiona kiedyś umkną mi w zawirowaniu dziesiątek innych historii, to mam nadzieję, że zapamiętam chwile z nimi spędzone, bo mimo tego, iż były niekiedy pełne wzruszenia to potrafiły wywołać na mojej twarzy uśmiech.

Na krawędzi nigdy bazuje na różnicy między przypadkiem a przeznaczeniem. A właściwie całkowitym jej braku. Pani Redmerski w piękny sposób pokazała mi, że właściwie jedna, spontaniczna i z pozoru bezsensowna decyzja może zaważyć o miłości, życiu i o szczęściu. Wraz z biegiem stron zaczynałam pojmować, że najpiękniejsze chwile to te całkiem spontaniczne. Te, których nie da się zaplanować. Bo żeby być szczęśliwym wcale nie trzeba mieć zaplanowanego każdego dnia co do minuty. Pani Redmerski w swojej książce pokazuje, że opłaca się zostawić za sobą wszystko i po prostu chwytać dzień.
Layken

czwartek, 10 marca 2016

Skarb - Kathy Reichs

tytuł oryginału: Seizure
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
ilość stron: 424
polska premiera: 17 października 2014
cykl: Tory Brennan (tom 2)
seria: Wirusy

   Skarb to już drugi tom tej genialnej serii, który nareszcie trafił w moje ręce! Niestety musiałam czekać na niego okrąglutki rok, ale było warto, gdyż Kathy Reichs ponownie ani trochę mnie nie zawiodła. Przez obowiązki, szkołę, po prostu brak czasu, męczyłam się z tą powieścią bardzo długo, ale w końcu ją skończyłam i mogę się z Wami podzielić moimi wrażeniami.

   Pierwszy tom Wirusów był tak porywający, że myślałam, iż autorka nie może mnie bardziej zachwycić, ale zwracam honor Pani Reichs, gdyż to co ukazuje nam w Skarbie, jest równie mistrzowskie, jak jej poprzednie dzieło.
   Tym razem pisarka uchyliła nam rąbka tajemnicy świata piratów, a raczej jednej piratki Anne Bonny. Tory wraz ze swoimi przyjaciółmi postanawia uratować Instytut Badawczy Loggerhead oraz swój dom - wyspę Morris Island, które mają zostać sprzedane i zniszczone. Czwórka nastolatków swoją jedyną nadzieję pokłada w historii o zaginionym skarbie Bonny, którą Tory usłyszała od pewnego nieznajomego. Dziewczyna wierzy, że dzięki ich zdolnościom, mimo przeszkód, które mogą spotkać na swej drodze, uda im się odnaleźć pradawny łup i pozostać na wyspie. W międzyczasie okazuje się, że nie tylko oni postanawiają podążyć śladem Anne Bonny, lecz po piętach depczą im ludzie, którzy nie cofną się przed niczym. Czy Tory jest na tyle odważna, że zwycięży tę walkę i uratuje swoją sforę?

   Tak jak pierwszy tom trylogii pochłonął mnie od pierwszej strony, tak ta powieść nie była tak fascynująca od początku. Natomiast nadrobiła tę trudność przebrnięcia w dalszej części lektury.
   Dzieło to ma niesamowity klimat, który trzyma w napięciu dosłownie cały czas. Rzadko kiedy zdarza się moment, który można przewidzieć. Kiedy mam wrażenie, że wiem co wyniknie z danej sytuacji, autorka na każdym kroku mnie zaskakuje wprowadzając nieoczekiwany zwrot akcji, za co bardzo ją cenie, ponieważ nie przepadam za schematycznymi książkami, a tej pozycji w żadnym wypadku nie można określić tym mianem.

   Pomysł Kathy Reichs na fabułę jest moim zdaniem bardzo oryginalny, jak i fantastycznie wykonany. Ogólnie nie czytuje kryminałów, a już na pewno nigdy wcześniej nie słyszałam o kryminale młodzieżowym, a ponieważ było to dla mnie coś nowego, byłam mile zaskoczona tak świetną książką i mimo tego, że nie mam za bardzo porównania, wiem, że jest to twórczość z jednej z wyższych półek.

   Bardzo podoba mi się także styl pisania autorki. Język nie jest skomplikowany, trudny do zrozumienia, ale prosty i przyjemnie się go czyta. Dialogi między nastolatkami pisane są tzw. slangiem młodzieżowym co jest bardzo fajne, gdyż sprawia to wrażenie takiej naturalności, łatwiej jest się utożsamić z bohaterami, kiedy posługują się słowami, których czytelnik również używa w swoim środowisku.
   Co więcej, większość rozmów przyjaciół jest dość humorystyczna. Czasami nieźle można się uśmiać, zwłaszcza z niektórych tekstów jednego z trójki kolegów Tory - Hi. Jest to jedna z moich ulubionych postaci z tej powieści, ponieważ nieważne jak bardzo jest trudna sytuacja, on zawsze potrafi rozluźnić atmosferę.

   Nie trudno się domyślić jak bardzo Skarb mnie zachwycił oraz, że każdemu bardzo polecam zapoznanie się z przygodą Tory. Myślę, że temat piratów jest dość rzadki jeśli chodzi o powieści młodzieżowe, przynajmniej ja takowego jeszcze wcześniej nie spotkałam więc naprawdę warto przeczytać tę książkę! Nikt nie pożałuje.

Shadow



poniedziałek, 7 marca 2016

Harry Potter i kamień filozoficzny - J. K. Rowling [wydanie ilustrowane]

tytuł oryginału: Harry Potter and the Philosopher's Stone
wydawnictwo: Media Rodzina
ilość stron: 256
polska premiera: 6 października 2015
cykl: Harry Potter (wydanie ilustrowane) (tom1)

Znacie Harry'ego Pottera, prawda? Chłopca, który przeżył. Chłopca, który z dnia na dzień dowiedział się, że jest czarodziejem. Chłopca, który z wielką radością rozpoczął naukę  w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. I wreszcie chłopca, który od niemowlęcia, był kimś, kto stanowił zagrożenie dla pewnego czarnoksiężnika, który nie zamierza spocząć, póki nie powróci i ostatecznie nie rozliczy się z przeszłością. Harry'ego czeka wielkie wyzwanie, ale wraz z przyjaciółmi jest w stanie rozwiązać każdą zagadkę i wyjść z każdej opresji.

Znam mnóstwo osób oczarowanych serią o Harrym Potterze, a  ja do nich należę. Kiedy więc dowiedziałam się, że historia ta zostanie wydana na nowo, okraszona wspaniałymi ilustracjami, nie posiadałam się ze szczęścia! Teraz, gdy jeszcze jeden raz zanurzyłam się w świecie czarodziejów, mając przed oczami przepiękne i przewspaniałe ilustracje Jima Kaya mogę powiedzieć, że jestem absolutnie zachwycona tym, jak jego twórczość idealnie zgrała się z piórem J.K. Rowling! 


Nie mam i nigdy mieć nie będę wątpliwości, co do genialności pióra Rowling, ponieważ każdy aspekt wykreowanego przez nią świata jest absolutnym fenomenem i chyba nikt nie będzie się w tym temacie ze mną spierał. Za każdym razem jestem pod takim samym wrażeniem przygód Harry'ego i wiem, że jeszcze nie jeden raz wybiorę się w podróż do Hogwartu, aby towarzyszyć mu w kolejnych epizodach. Każdy upadek i każde zwycięstwo przeżywam tak samo, a jego niezwykły świat nie raz przyprawia mnie u uśmiech, a  w innym wypadku o łzy. Jest to niesamowita seria i zawsze cieszę się z możliwości powrotu na jej karty.

Ponowna lektura tej książki była kolejnym wspaniałym przeżyciem, które zostało wzbogacone o nowe emocje wywołane przepięknymi, niezwykle klimatycznymi i wyjątkowymi ilustracjami, oddającymi idealnie swoistość świata Harry'ego Pottera.  Przewracając kolejne strony i odkrywając coraz to nowe obrazki, nie mogłam przestać się im przyglądać. Na pierwszy rzut okaz widać, iż zostały stworzone z ogromną skrupulatnością i dbałością o szczegóły. Wyziera z nich wprawna ręka, która wędrując po papierze doskonale wiedziała, co czyni. Jim Kay to niezwykle utalentowany człowiek, który swoją pasję postanowił przerzucić na wyższy poziom dając nam coś wyjątkowego, co z czcią postawimy na swojej półce.


Historia Harry'ego Pottera jest przepełniona emocjami od pierwszej aż do ostatniej strony, a okraszona tak idealnymi ilustracjami daje czytelnikowi dodatkową przyjemność wizualizacją tego niezwykłego świata, który dotychczas mogliśmy oglądać tylko w postaci filmu. Jednakże dla mnie, i myślę, że nie tylko dla mnie, uwidocznienie tego wszystkiego na kartach ukochanej książki jest czymś wprost nie do opisania, czymś o wiele cenniejszym niż wizja reżyserska. Bo dla mnie, jako totalnego mola książkowego, możliwość posiadania kawałka z ukochanego książkowego świata i umieszczenie go na honorowym miejscu w biblioteczce jest urzeczywistnieniem szczęścia.

Za możliwość wyjątkowego powrotu w mury Hogwartu bardzo dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!
Layken

czwartek, 3 marca 2016

After. Już nie wiem, kim bez ciebie jestem - Anna Todd

tytuł oryginału: After We Collided
wydawnictwo: Znak
ilość stron: 758
polska premiera: 6 kwietnia 2015
cykl: After (tom2)

Kiedy Tessa dowiedziała się jaki sekret skrywał przed nią Hardin, była pewna, że to już koniec ich związku. Nie przypuszczała jednak, że będzie to tak trudne. Mimo wszystko Tessa nadal darzy go uczuciem i nawet wbrew sobie cały czas ich drogi się krzyżują. Lecz czy tak głęboka rana jest w stanie się zagoić, by na nowo wypełniła ją tylko i wyłącznie miłość?

Po drugi tom After sięgnęłam z czystej ciekawości, bo po zakończeniu pierwszego tomu nie mogłam przestać się zastanawiać w jakim kierunku potoczy się ta historia. I z początku cieszyłam się, że Anna Todd właśnie tak pokierowała akcję, ale później ten pociąg zaczął zbaczać z torów, którymi ja osobiście chciałabym, aby dalej mknął.

Na wstępie wszystko wskazywało na to, że główna bohaterka będzie trzymać się swoich postanowień i nie dopuści do siebie tego, kto ją tak skrzywdził i właśnie to sprawiło, że w mojej głowie pojawiła myśl "kurczę, ta książka może być naprawdę dobra!". Ale zbiegiem czasu Tessa coraz bardziej denerwowała mnie swoimi wyborami, a Hardin swoim niedojrzałym zachowaniem. Mniej więcej w połowie książki całość przybrała tak monotonny obrót, że czytałam na siłę i chciałam jak najszybciej skończyć te ponad siedemset stron.

W drugim tomie Aftera nie ma tak naprawdę nic wartego uwagi. Ta kontynuacja jest jakby odzwierciedleniem swojej poprzedniczki. Po prawdzie Anna Todd zaserwowała mi wszystko, o czym mogłam przeczytać w pierwszym tomie, tylko 'bardziej'. Więcej kłótni, więcej nieporozumień, więcej bezsensownych kłótni, więcej niezdecydowania i więcej seksu. Idzie się wynudzić, prawda? Ta jednostajność stała się w pewnym momencie przytłaczająca, bo gdy bohaterowie wyznawali sobie miłość i szli do łóżka, to w następnym momencie miała miejsce gigantyczna kłótnia, potem rozstanie, a później wszystko zaczynało się od nowa.

Jedynym plusem w tej pogmatwanej i przewidywalnej historii był styl Anny Todd. Od początku mojej przygody z jej twórczością polubiłam pióro tej autorki, bo jest naprawdę wciągające i potrafiło mnie zatrzymać przy lekturze, nawet wtedy, gdy chciałam dać sobie spokój i zająć się czymś innym. Natomiast zupełnie odwrotnie było z bohaterami, którzy w dalszym ciągu byli płytcy, niezdecydowani i mimo wielokrotnych zapewnień popełniający te same irytujące błędy.

After to seria dość kontrowersyjna i wzbudzająca u czytelników wiele emocji, niekoniecznie tych pozytywnych. Ja osobiście nie znienawidziłam obu tomów, chociaż, jak możecie wywnioskować, ten pierwszy podobał mi się bardziej. Niemniej jednak, po drugiej części nie jestem pewna czy chcę kontynuować tę serię, bo przypuszczam, że Anna Todd nie jest w stanie zaproponować mi nic więcej ponad to, co zawarła w pierwszych dwóch tomach.
Layken