sobota, 29 października 2016

Nie poddawaj się - Rainbow Rowell

tytuł oryginału: Carry on
wydawnictwo: HarperCollins Polska
ilość stron: 512
polska premiera: 12 października 2016

Simon Snow rozpoczyna swój ostatni rok nauki w Szkole Czarodziejów w Watford. Zawsze z utęsknieniem czekał na początek roku szkolnego, bo tylko wśród czarodziejów miał przyjaciół. Nie lubił przebywać w świecie Normalnych. Jednak ten rok nie zaczyna się tak, jak inne. Jego odwieczny wróg - Baz, nie wraca do szkoły, a Mag próbuje odesłać go z Watford w ''bezpieczniejsze'' miejsce. A to zaledwie początek, bo Simon jest wybrańcem. I tylko on może pokonać Szarobura.

Nie czytałam Fangirl. A wiem, że to tam po raz pierwszy pojawił się Simon Snow i jego przygody, chociaż nie w takiej formie jak w Nie poddawaj się. Mimo to, bardzo cieszyłam się, kiedy zawitała do mnie ta książka. Byłam niesamowicie ciekawa tego świata, niejako kreowanego na ten, który przypuszczalnie znamy my wszyscy. I chociaż nie przepadam za twórczością tej autorki - postanowiłam spróbować. Co z tego wyszło?

Z początku zapowiadało się naprawdę bardzo ciekawie. Kartka po kartce poznawałam zakamarki tego innego świata czarodziejów. Nie zakochałam się w nim, ale w niektórych sprawach Rainbow Rowell wykazała się pomysłowością. Jednak czasami odnosiłam wrażenie, że nie do końca dopracowała pewne szczegóły, co trochę zakłócało spójność lektury.  Nie przypadły mi do gustu również pewne rozwiązania fabularne. Bardzo chciałam w najmniejszym detalu poznać tamtejszy świat, lecz niestety autorka nie skupiła się na nim wystarczająco, przynajmniej dla mnie.

Od połowy książki akcja zaczęła wyczuwalnie przyspieszać i pojawiało się coraz więcej tajemnic oraz zagadek. Jednak gdy patrzyłam wstecz, na pierwszą część tej historii, właściwie nie wiedziałam, co zabrało aż tyle kartek. Mam na myśli to, że nie zawarło się tam aż tyle istotnych rzeczy. Doprowadziło mnie to do wniosku, że książka w pewnych momentach została trochę "przegadana".

Jednak najdziwniejsze odczucia mam w stosunku do wątku romantycznego. Był dla mnie totalnym zaskoczeniem i absolutnie nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Lecz nie do końca przypadł mi do gustu. Lubię, gdy uczucia pojawiają się subtelnie i uzasadnienie, a tutaj miałam wrażenie, że to wszystko zjawiło się jakby znikąd. Jak dla mnie, autorka zbyt szybko przeszła od nienawiści do miłości.

Z bohaterami też nie było wcale tak różowo. Na początku naprawdę lubiłam Simona, czyli tego, który grał tu pierwsze skrzypce. Wydawał mi się fajną i całkiem sensowną postacią, chociaż swoje wady też miał. Jednak potem, sama nie wiem dlaczego, stał się całkiem inny. Jakby na jego miejsce wskoczył zupełnie inny charakter. Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale szkoda, że tak się stało. Inne postacie również były obecne, ale właściwie nie potrafiłam się z nimi zżyć.

Nie poddawaj się okazało się dla mnie zaskoczeniem. W pewnych momentach pozytywnym,  a w innych negatywnym.  Świat przedstawiony, jaki wykreowała Rainbow Rowell był dość ciekawy, jednak żałuję, że nie mogłam poznać go lepiej. Z początku myślałam, że w mojej końcowej ocenie ta historia będzie musiała zmierzyć z tą, którą zdążyłam pokochać już dawno. 

Jednak wiecie co? Postanowiłam nie patrzeć na Nie poddawaj się przez pryzmat Harry'ego Pottera, bo to dwie odrębne i zupełnie inne historie. Mimo początkowych podobieństw. Chociaż zupełnie nie podobało mi się zakończenie i do końca nie poznałam paru szczegółów. Rainbow Rowell nie do końca sprostała moim oczekiwaniom, co do zwykłej, nienawiązującej do niczego książki. Jak wyżej  - były dobre momenty i chwile wielkich zaskoczeń, ale to chyba za mało, by zwalić mnie z nóg.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska.
Layken

sobota, 15 października 2016

Prawdodziejka - Susan Dennard

zdjęcie pochodzi ze strony matras.pl
tytuł oryginału: Truthwitch
wydawnictwo: Sine Qua Non
ilość stron: 384
polska premiera: 12 października 2016
cykl: Czaroziemie (tom1)

Safi i Iseult wpadają w tarapaty. Nieudana zasadzka przysparza im sporych kłopotów. Większych niż mogłyby się spodziewać.  Muszą uciekać z Venazy. Jednak ucieczka nie będzie wcale taka łatwa, bo na ich trop wpadł krwiodziej, który nie ustanie póki ich nie zabije. Podczas szalonej próby ratowania swojej skóry, więziosiostry wystawione będą na przeróżne niebezpieczeństwa. Będą zmuszane wrócić do przeszłości. I dowiedzą się czegoś o sobie i o swej magii.

Przyznam się szczerze, od kiedy tylko zobaczyłam pozytywne recenzje Prawdodziejki za granicą, wprost nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu będę mogła przekonać się o jej niezwykłości na własnej skórze. No i czekałam, czekałam i czekałam, aż w końcu mogłam sama przeczytać to cudo! Ale czy od samego początku było tak kolorowo?

Od razu powiem, że nie. Na samych pierwszych stronach czułam się dość niekomfortowo. Przede wszystkim zaskoczyła mnie ilość informacji, jakimi zostałam obrzucona od samego początku. Trochę mnie to przytłoczyło i przez to nie potrafiłam złapać takiego rytmu i porządnie wczytać się w Prawdodziejkę. Jednak teraz już wiem, że to wszystko wynikało wyłącznie z tego, że świat wykreowany przez Susan Dennard został dopracowany w absolutnie każdym stopniu.

Gdy po jakimś czasie zrozumiałam, że cała już jestem w Czaroziemiu, wiedziałam, że coraz trudniej będzie mi się oderwać od lektury. I tak właśnie było. Ta książka jest tak napakowana akcją, że jeśli nie gonią człowieka jakieś śmiertelnie ważne sprawy, to da się spędzić na czytaniu cały dzień. Nawet tego nie zauważając. Ja jednak nadal nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak wspaniałą wyobraźnię musi mieć autorka by stworzyć coś tak wspaniałego... Jak wspomniałam wyżej - dzieło dopracowane w każdym calu!

Musze też pochwalić wątek romantyczny. Jestem nim absolutnie zachwycona i oczarowana! Bardzo doceniam to, gdy autor nie skupia się wyłącznie na nim. Kiedy nie przesłania fabuły. I tu taki właśnie był. Susan Dennard wykreowała go bardzo subtelnie i spokojnie. Bardzo podobało mi się to niewinne i nieświadome zauroczenie, stopniowo przeradzające się coś większego. Naprawdę wielkie brawa!

A tu przechodzę do bohaterów. Absolutnie wspaniałych bohaterów. Bardzo podobała mi się ich kreacja. Większość z nich została okryta tajemnicą, ale było to dobre rozwiązanie. Fajnie było krok po kroku odkrywać ich osobowość. Autorka nie zapomniała również o ich przeszłości, która potrafiła zaskakiwać. Cieszy mnie bardzo to, że nie zapomniała, by stworzyć ich od samego początku, do końca.

Prawdodziejka to niezwykle złożona i momentami dość skomplikowana powieść. Całość jest jednak warta główkowania, do którego chwilami zmusza nas autorka. Idealnie wykreowany świat, tajemnicza magia i wyraziści bohaterowie. Jesteście gotowi na ten magiczny miks?

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.
Layken

sobota, 8 października 2016

Król kruków - Maggie Stiefvater

zdjęcie pochodzi ze strony lubimyczytac.pl
tytuł oryginału: The Raven Boys
wydawnictwo: Uroboros
ilość stron: 496
polska premiera: 19 czerwca 2013
cykl:  The Raven Cycle (tom1)

Blue dorastała w dość specyficznej rodzinie. Rodzinie wróżek. Nie wyobrażajcie sobie jednak małych stworzonek ze skrzydełkami na plecach. To nie ten rodzaj magii. Blue od zawsze otoczona była wróżkami, które przepowiadają przyszłość. Dlatego od zawsze wiedziała, że chłopiec którego pokocha umrze. 

Wigilia Świętego Marka. Cmentarz przy starym kościele. Droga umarłych. Blue co roku spędzała ten dzień w ten sam sposób - swoją obecnością nastrajała moce wróżek, aby te mogły pomóc duchom napotkanym tego dnia na cmentarzu. I ten kolejny dzień nie zapowiadał nic innego. A jednak duch pewnego chłopca sprawił, że życie Blue zaczęło się zmieniać. Czterej chłopcy z krukami. Uśpiony król i niebezpieczna zabawa z magią. Czy wszyscy wyjdą z tego cało?

Powiem tak, odkąd tylko trafiłam do blogosfery, nazwisko Stiefvater ciągle gdzieś mi się przewijało przed oczami. Łączyło się z nim mnóstwo komplementów i zachwytów, więc gdzieś już zaczęła we mnie kiełkować chęć poznania tej autorki i jej twórczości. No i padło w końcu na Króla kruków, o którym właściwie wiedziałam dosyć mało. Niska cena i ten niezwykły kruk na okładce zdecydowały. Czy był to dobry wybór? Z początku miałam ochotę się kopnąć za taką lekkomyślność, ale na koniec... po ciuchu gratulowałam sobie dobrego wyboru.

Dlaczego więc ten początek okazał się tak okropny? Niesamowicie mi się ciągnął. Myślałam, że dość spore litery będą początkiem błyskawicznego przebrnięcia przez całość. Jednak ja tylko czytałam, czytałam, czytałam i nie mogłam dojść nawet do połowy. Strony mozolnie przesuwały się jedna za drugą, a moje myśli coraz częściej odpływały od nudnej fabuły, tak że co jakiś czas musiałam powracać do poszczególnych fragmentów, by dowiedzieć się co właściwie przegapiłam.

Skąd więc ta końcowa satysfakcja? Muszę wam powiedzieć, że w końcu poddałam się i postanowiłam odpocząć od tych męczarni, jakimi wydawał mi się wtedy Król kruków. Odłożyłam książkę na półkę i postanowiłam poczekać. W końcu, po jakimś czasie wróciłam do tej historii i wtedy stało się coś dziwnego. Z miejsca zostałam wciągnięta w ten świat i już nie wiedziałam właściwie, dlaczego odłożyłam tę książkę. Od tamtego momentu zdarzenia były interesujące, a strony przewijały się w zastraszającym tempie. Wtedy zaczęłam rozumieć, co takiego jest w książkach Maggie Stiefvater. Po prostu magia!

Mimo to, że początek nie okazał się tak wspaniały jak sądziłam, musiałam docenić styl jakim została poprowadzona ta książka. Wtedy może nie poniósł mnie, niczym wiatr, ale od tej drugiej, przełomowej połowy, nie mogłam już mu się oprzeć. No i znowu mimo tego początku muszę docenić to, jak autorka przez cały czas budowała napięcie. Teraz myślę, że to mogło być kluczową przyczyną tej początkowej nudy, przez którą nie mogłam przebrnąć. Jednak już na koniec wszystko działo się tak szybko, że zaczęłam żałować, iż nie mam pod ręką drugiego tomu.

Bohaterowie są kolejnym ciekawym aspektem Króla kruków. Autorce udało się stworzyć zupełnie różne od siebie charaktery. Ekstrawagancką, wyróżniającą się Blue. Nieustępliwego Ganseya. Honorowego Adama. Buntowniczego Ronana. I delikatnego, cichego Noaha. Z początku nie potrafiłam wykrzesać z siebie sympatii do tych postaci, ale z begiem historii każda z nich po kawałku zaczęła skradać moje serce. Teraz już mam wielką nadzieję, że jak najszybciej uda mi się wrócić do ich świata.

Król kruków to dla mnie książka o dwóch twarzach. Jest ta pierwsza, która totalnie do mnie nie przemówiła i jest też ta druga, po której mam ochotę na więcej. Więc czy brnięcie przez tą pierwszą jest w ogóle warte zachodu? Sądzę, że tak. To wprowadzenie może i jest nudne, ale teraz już wiem, że bez niego końcówka nie byłaby tak ekscytująca. Obydwa oblicza tej książki wspaniale się dopełniają i tworzą dobrą całość.
Layken

sobota, 1 października 2016

Naśladowca - Erica Spindler

zdjęcie pochodzi ze strony lubimyczytac.pl
tytuł oryginału: Copycat
wydawnictwo: HarperCollins Polska
ilość stron: 376
polska premiera: 14 września 2016 (I wydanie 26 lipca 2013)
cykl: Kitt Lundgren (tom1)

Trzy zabójstwa. Trzy niewinne dziewczynki. Brak śladów. Minęło już pięć lat, a zagadka nigdy nie została rozwiązana. Dla porucznik Kitt Lundgren to prawdziwa porażka. Wtedy jej życie zaczęło się sypać. Jednak teraz, gdy zabójstwa zaczynają się powtarzać, Kitt myśli tylko o jednym - by w końcu dorwać mordercę. Lecz to może nie być wcale takie łatwe, bo Kitt dostrzega pewne różnice między tą, a dawną sprawą. Wygląda na to, że ma do czynienia z Naśladowcą. Czy porucznik rozwiąże zagadkę zanim będzie za późno? Czy jest wystarczająco silna?

Zabierając się za Naśladowcę właściwie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą autorką i byłam ciekawa jej twórczości, zwłaszcza, że historia zapowiadała się obiecująco. Niedawno dopiero zaczęłam swoją przygodę z thrillerami i miałam nadzieję, że dalej będę mogła ją kontynuować samymi dobrymi pozycjami. I na szczęście Naśladowca okazał się kolejną świetną książką z tego gatunku.

Już po paru pierwszych stronach wiedziałam, że to będzie Coś przez duże C. I nie pomyliłam się. Erica Spindler z miejsca porwała mnie w wir wydarzeń, ani na moment nie powstrzymując rozpędu, jaki zaczęła nabierać fabuła. Przez całą książkę nie odniosłam wrażenia, że coś się dłuży, czy jakieś wątki znalazły się w treści bez potrzeby. Całość była naprawdę zgrana. Wszystko wynikało z czegoś. Dla każdego elementu znalazłam uzasadnianie. Nie było momentu, w którym mogłabym zastanawiać nad sensem jakiegoś wydarzenia.

Jednak to, co uderzyło mnie w tej książce najbardziej, to niezwykła umiejętność  autorki w wodzeniu czytelnika za nos. To było naprawdę niesamowite, jak wiele ślepych zaułków postawiła przede mną. I przed bohaterami. Wiecie, gdy już był taki moment, że byłam niemal pewna, iż wiem kto jest Mordercą Śpiących Aniołków, Erica Spindler z premedytacją roztrzaskiwała moją teorię na małe kawałeczki. I to zdarzało się kilka razy. Po prostu genialnie napisana książka.

Bohaterowie Naśladowcy zostali według mnie bardzo trafnie skreśleni. Autorka przedstawiła najistotniejsze fakty z ich życia, które pomogły mi zwizualizować sobie ich obraz. To jak żyli i kim właściwie byli. Najbardziej zostało to dopracowane u dwóch głównych bohaterek, czyli porucznik Kitt Lundgren i jej partnerki porucznik Mary Catherine Riggio. Bardzo fajnie śledziło się całą historię pod ich skrzydłami. Chciałabym kiedyś poznać więcej śledztw pod ich wodzą.

Naśladowca to niezwykle wciągający i trzymający w napięciu thriller. Do ostatnich stron autorka nie odkrywa, kto właściwie jest sprawcą. Bawi się z bohaterami w kotka i myszkę. I robi to bardzo umiejętnie. Polecam te książkę każdemu, kto choć trochę lubi kryminalne zagadki, bo właśnie ta jest naprawdę genialnie przemyślana. Spędziłam z nią kilka godzin pełnych niepewności i napięcia. A w pewnym momencie już nie potrafiłam jej odłożyć. Po prostu musiałam poznać prawdę.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Harper Collins Polska.
Layken